Musicie mi wybaczyć, że nie posłużyłam się trendy i cool określeniem "must have", ale tego typu anglicyzmy jakoś nie mogą mi przejść przez gardło czy wystukać się na klawiaturze. Używanie ich przypomina mi tylko filmiki na YouTube z cyklu "S*it Fashion Girl Say". Tak więc gdyby wprowadzić je do życia to przeglądając sobie co jakiś czas ulubione sklepy internetowe mogłabym sobie pomruczeć pod nosem "so amaze!", "so chic!", ewentualnie marszcząc swój upudrowany nosek wyrazić dezaprobatę przez "yewwww". Kiedy ciuch jest już tak chic, że bardziej się nie da, to zwykle następuje "OMG, I'm tottaly tweet that!". A nie, wróć. Nie mam Twittera. W tym momencie jestem degradowana do poziomu osoby, która założyła buty UGG. Niestety, takie realia życia w świecie "fashionistas". Odchodząc od laptopa (takiego bez jabłuszka, yewwww) i podchodząc do szafy mogę tylko zawyć "nothing to wear!".
Chociaż co ja opowiadam, o "fashionistas" się rozpisuję, a Szafiarki nie gęsi i swój język mają. Przecież zawsze mogę skwitować tekst i zdjęcia we wpisie "pliss komcia" i zaprosić na "giwełej". Jak mogłam o tym zapomnieć.
Wróćmy jednak do tematu wpisu. Oto moje "so chic must have, yay!" :
Spodnie dresowe to brakujący element w mojej szafie. Dziwi mnie ich brak, bo akurat w wylegiwaniu się, leżeniu na plecach, brzuchu i boku jest moją specjalnością. Nie mając wygodnych ubrań muszę się bardziej namęczyć, żeby leżenie było wygodne. Sami rozumiecie. Krój i dodatki wybranych przeze mnie dresików pozwoliłby również na wyjście w nich spokojnie na miasto, bez posądzania o zapędy pseudokibicowskie. Ba! Nawet obcasy będą do nich pasować. Materiał już wymacałam przy okazji któryś targów w "1500m do wynajęcia", więc to pewniak na liście do zakupu.
Risk made in Warsaw
Koszulek nigdy za wiele, szczególnie tych białych. Ostatnio coraz rzadziej kupuję te z nadrukami. Najwyżej cenione są przeze mnie te luźne, mające różne opcje układania i upinania. Najczęściej męskie. Co prawda prezentowana na zdjęciu obok przez Asię ze Styledigger koszulka nie jest męska, ale za to ma cztery rękawy. Dwa nieużywane można wiązać na dowolną ilość sposobów, zależnie od humoru, pogody i wielkości "ciąży spożywczej" jak to jedna z Czytelniczek śmiesznie ostatnio ujęła.
Wearso
Fanką wytworów eliwerowych rąk jestem od dawna, mam już swoją kolekcję, którą staram się co jakiś czas uzupełniać nowymi ślicznościami. Jako, że ukazała się jakiś czas temu nowa kolekcja na wiosnę, znów mam okazję do zakupów i ta wiankowa opaska na pewno trafi na moją głowę. No może nie w najbliższych tygodniach, bo szykuje się szalony wypad do Londynu z Venilą, Lemoniadą i Riennaherą, więc każda złotówka się liczy, szczególnie dla nie pracującej studentki kierunku humanistycznego. Nie bez powodu podkreślam charakter studiów, ponieważ ostatnio doszłam do wniosku, że musiałam zostać za coś ukarana, że mój mózg nie radzi sobie z naukami ścisłymi.
Eliwer (prace Weroniki i Elizy można też dostać w Cloudmine)
Torebek nigdy za wiele. Szczególnie, jeżeli są duże, i proste. Ta w dodatku może mieć samodzielnie wybrany materiał podszewki, więc to już jest szał ciał. Jak na zdjęciu widać, torba jest na tyle duża, że powinna pomieścić wszystkie moje potrzeby. Nie jest to takie oczywiste, bo oprócz takich niezbędności jak telefon, portfel, książka, zeszyt z notatkami, [...], krem do rąk, szczoteczka do zębów, chusteczki higieniczne, etui na okulary, lubię mieć ze sobą czasem podręcznik do jakiegoś przedmiotu, który aktualnie mam na studiach. Naturalnie nawet go nie otwieram, ale mam ten komfort psychiczny, że sumienie jest uspokojone, bo w każdej chwili mogę przecież zacząć się uczyć.
Zuzia Górska
Chyba oczywista potrzeba na słoneczne miesiące. To, że już mam kilka par nie znaczy, że nie mogę mieć następnej. Szczególnie, jeżeli ma zaokrąglone ramki i jest niebiesko-chmurkowa. Mam zamiar zainwestować w ciemne szkła korekcyjne, ale to w tym lepszym świecie z pracą i wypłatą.
Local Heroes
Ta potrzeba została już zaspokojona. Jako, że zostałam 700 fanką Stereostore na Facebooku, dostałam bardzo przyjemną zniżkę, co nałożyło się w czasie ze zwrotem podatku, więc czemu miałabym się powstrzymywać od zakupu. Suwaki ułożone w róże na szerokiej wstążce, którą mam zamiar zmienić na kolorową, powinna pasować do wspominanych wcześniej, ukochanych wielkich koszulek. OSOM (ach ten blogowy żargon).
Jako, że nie samymi ciuchami człowiek żyje, to muzykę też trzeba sobie czasem zakupić. Szczególnie, jeżeli to polski twór świetnej jakości. Nie będę się tu mądrzyła czemu płytę warto zakupić, bo do krytyka mi daleko. W obecnej sytuacji nawet bałabym się do takiego miana pretendować. Jeszcze by mnie ktoś wyzwał na pojedynek czy do sądu podał. Kto tam wie. W każdym raze Kari Amirian i jej muzyków słucham od wczoraj non stop i długo nie przestanę. Sami się przekonajcie. To, że okładka pasuje mi do szaty graficznej bloga nie miało wpływu na jej pojawienie się tutaj, od razu mówię.
Kari Amirian- The Winter Is Back
3/18/2012
3/16/2012
Domowe peplum
Po raz pierwszy udało mi się spełnić postanowienie, które często sobie składam w second handach. Biorę bluzkę, sweter, spódnicę z ładnego materiału, ale wiem, że nie tego nie założę. "Oj tam, wezmę, na pewno się kiedyś przyda". Finał jest oczywisty i zapewne wielu z Was znany. Szafa się nie domyka, a nie mam się w co ubrać. Jakiś czas temu na blogach zaczęło się pojawiać tajemnicze peplum. Co to za cholera? Jak zwykle kojarzyło mi się z jedzeniem, żadna odmiana. Okazało się jednak kawałkiem materiału upinanym na bądź nad biodrami, jak mi się wydaje , celem ich uwydatnienia. Wreszcie okazja do spożytkowania babciowej spódnicy kupionej na lumpeksowej wyprzedaży (za całe 1zł), "bo ma takie ładne plisy". Kilka ruchów nożyczkami i peplum gotowe. Oczywiście miało być dłuższe, ale dla mnie linie proste nie istnieją, więc potrzebne były poprawki. Tak czy inaczej ten skrawek, który został z plisowanej spódnicy wygląda teraz jak upięta w pasie bibułka do muffinów. Śliczność i słodkość. Co prawda oglądając relację z pokazu pewnej rodzimej projektantki, byłam zdruzgotana gdy mój kochany babeczkowy stworek został zaprezentowany tuż nad nagą pupą pewnej celebrytki. Ale to nic, peplum u nas zwane baskinką przez swoją uroczą nazwę pozostanie częścią stroju, która będzie mi się kojarzyła z urokiem i jakąś pyszną słodkością.
zdjęcia: Ala
Mam na sobie: baskinka- DIY, bluza- sh, płaszcz- sh, torebka- sh, koszulka- H&M, spodnie- Levis Curve ID, tramki- Converse
3/14/2012
Ze stadionu na ulicę, czyli Adidas Originals
W piątek miałam okazję spotkać się z kilkoma Blogerkami na prezentacji nowej kolekcji Adidas Originals. Przy okazji dyskutowałyśmy na temat mody ulicznej i w jakiej kondycji jest ona w Polsce. Właściwie trudno było o bardziej zgodną odpowiedź, że street style w Polsce jeszcze raczkuje. Jego rozwój może hamować tradycja myślenia "co ludzie pomyślą", jakie miny zrobią koleżanki w pracy i czy rodzina tak z domu wypuści. Dodatkowo z wielu rodzimych magazynów modą się zajmujących po prostu wieje nudą. Nie zawsze styliści olśniewają dobrymi pomysłami, czy chociażby ciekawymi wariacjami na temat obowiązujących trendów. Następnym problemem Polaków jest zwyczajne lenistwo. Jeżeli w witrynie popularnego sklepu dane ubrania czy wzory są ze sobą zestawione, to właściwie na 90% zobaczymy identycznie ubranych ludzi na ulicach. Więcej kreatywności! Oczywiście nie można generalizować. Czasem widzę tak świetnie ubraną osobę, że zostawiam szczękę na chodniku i przysięgam sobie, że zacznę codziennie nosić aparat ze sobą, żeby nie tracić takich inspiracji. Z tematu mody ulicznej zeszło rzecz jasna na nasze sposoby dobierania i kupowania ubrań. Większość z nas w większym lub w mniejszym stopniu zaopatruje się w lumpeksach. Misia (przesłodka dziewczyna) stwierdziła, że ubrania jakościowo mogą się nie różnić, a nawet przewyższać te z sieciówek, bo skoro przetrwały tyle by trafić do lumpeksu, to przetrwają już wszystko. Reasumując, spotkanie uważam za bardzo udane, a zasłyszane wnioski, rady i opinie ciągle analizuję i stopniowo wprowadzam w życie. Ciekawa jestem też Waszej opinii dotyczącej naszej rodzimej mody ulicznej. Jest na co popatrzeć, czy jeszcze wiele do nauki przed nami?
Co do kolekcji, to zostałam mile zaskoczona. Bo może ubrania projektu Jeremy'ego Scott'a podobają mi się ze względu na pomysłowość nadruków i form (nieśmiertelne skrzydła chociażby, plus w tym sezonie frędzle), to są dla mnie zbyt krzykliwe i wiem, że niewiele rzeczy z kolekcji wybrałabym dla siebie na co dzień. Za to jeżeli chodzi o linię Adidas Originals klasyczny i Blue, to sytuacja przedstawia się już zupełnie inaczej. Szczególnie jeżeli chodzi o kolekcję niebieską to jest na czym oko (i zawartość portfela) zawiesić. Linia opiera się na klasycznych częściach garderoby, jak parka czy ponczo, ale użyte materiały, kolory i fasony nadają im sportowego, takiego właśnie miejskiego charakteru.
zdjęcia: AKPA
Subskrybuj:
Posty (Atom)























